| Założenie było następujące: płytki ceramiczne miały mieć formę abstrakcyjną, tworzyć obraz zarówno razem jak i każda z osobna. Ile to ja się nawałkowałam... Do momentu wypalenia spędziłam nad płytkami 5 zajęć czyli 15 godzin! I za każdym razem nieskończoną pracę trzeba zawijać w wilgotne szmatki i worki foliowe, aby uchronić glinę przed nadmiernym wysychaniem i pękaniem. A jak już płytka popęka to ... albo w afekcie robisz z niej z powrotem gniota i rzucasz tym o stół, albo zaciskasz zęby, bierzesz głęboki oddech, nożyk i drobno nacinając pęknięcia zasklepiasz szczelinkę, wygładzasz (stare giętkie karty telefoniczne sprawdzają się tu rewelacyjnie!) i pieścisz, pieścisz, pieścisz ... Teraz płytki (pęknięte skleiłam cyjanopanem) czekają na drewnianą podstawę, na którą planuje je przykleić i zawiesić na ścianie. Jak już zawisną to dodam zdjęcie (nadal nie jestem pewna czy to w ogóle będzie jakoś wyglądać ... hmmm... :) |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz